Gostynin '10

W dniach 7-28 lipca 2010 roku odbył się obóz w tym samym miejscu co rok wcześniej czyli w Gostyninie. Tym razem był jednak dużo większy. Na obóz oprócz nas pojechało aż 5 drużyn:

-59 ŁDH-ek

-29 ŁDH-ek

-16 ŁDH-ek

-10 ŁDH-y

-40 ŁDH-y

Warunki były takie same jak w roku poprzednim (więcej można przeczytać w relacji Miśka) dlatego skupię się na rzeczach, które utkwiły mi w pamięci. Obóz był stylizowany na opowieści z Narnii, a dokładniej chyba na część ,,Srebrne Krzesło”.

Na długo zapamiętam wielką ulewę, która przeszła nad naszym obozem, jeśli można ją porównać do czegoś to tylko do potopu (ale tego biblijnego, a nie szwedzkiego). W kilka minut w kuchni już stała woda, jedna z sanitarek się zawaliła, w podobozie 18 można było się wykąpać w wodzie po pas. Od razu chwyciliśmy za łopaty, saperki i poszliśmy kopać rowy mające odprowadzić wodę z różnych podobozów i kuchni. Warto wspomnieć, że nasz podobóz ucierpiał najmniej. W naszym namiocie

( rosomaków) miejscami było nawet sucho, a wodę odprowadzał mały potoczek przepływający przez środek bramy.

Druga rzecz już była dużo milsza bowiem chodziło o bieg na wywiadowcę. Otóż w niedziele ranno, nagle ktoś wszedł do naszego namiotu i krzyczy mł. Łukasz Jabłoński baczność!!! Alarm mundurowy czas trzy minuty!!! Myślę sobie Bossman coś przeskrobał. A tu nagle mł. Michał Hajdan baczność…

Tak zaczął się mój bieg na wywiadowcę. Mieliśmy wiele zadań, ale wspomnę o jednym z nich.

Punkt drugi mówił: Zdobądźcie obiad nie wydawając żadnych pieniędzy. Pomysłów było wiele np. Posprzątać w pizzerii i poprosić o jakiegoś małego darmowego placka. Stwierdziliśmy jednak, że najlepiej będzie udać się do księdza proboszcza parafii, w której służyliśmy wcześniej do
Mszy św. Gdy przyszliśmy otworzyła nam gospodyni, powiedzieliśmy jej naszą prośbę, gdy była niezbyt chętna błagaliśmy ją nawet o sam chleb z wodą. W końcu zgodziła się. Zasiedliśmy w jadalni i… już po chwili dostaliśmy takie pyszności jakich nigdy na obozie nie dostaniesz. Nie powstydziłaby się ich nawet bardzo dobra restauracja. A w dodatku gospodyni ciągle nas przepraszała za to, że takie resztki z obiadu zostały. Objedliśmy się tak, że ledwo wyruszyliśmy w dalszą drogę (dodatkowo wcześniej zjedliśmy placka tak na wszelki wypadek:) ) Jak kiedyś będę przejeżdżał przez Gostynin muszę wpaść do księdza (parafia pod wezwaniem św. Jakuba). Mieliśmy też takie szczęście, że akurat byliśmy tam w dzień św. Jakuba.

 

Ogólnie obóz był fajny, ale bez fajerwerków. Zwykły obóz harcerski. Trzy tygodnie w miłym gronie, ale to nie było to co Wolność 08.

 

Dodatkowo jeszcze byliśmy podchodzeni przez 17-nastkę i niestety im się udało. Pech chciał, że warte mieli wtedy Bartuś i Piotrek Korczak. Ale nasz obóz wysłał do nich swoją ekipę.

 

Czuwaj!

mł. Michał Hajdan