. Obóz Letni! dodano: 24.07.2006
Witam !

Czarni są już po obozie. Tym razem wybraliśmy się na wędrówkę po Bieszczadach i Beskidzie niskim razem z Jedenastką i Wędrownikami.

Śmiało można powiedzieć, ze obóz już od samego początku zapowiadał się bardzo ciekawie :)

Najpierw zaspałem(ja-Siara)o godzinkę :> Następnie dh. Marek Spadło przysnął w busie i niechcący "odpalił" butle gaśniczą.

Pierwszy dzień obozu opierał się na założeniu dotarcia nad Solinę, przeprawienie się przez nią i dojścia do Górzanki na nocleg.

Założenie w pełni zrealizowane. Przez Solinę przepłynęliśmy łodzią stylizowaną na piracki statek. Następnego dnia szybko spakowaliśmy sprzęt i poszliśmy na Mszę do okolicznej Parafii. Zaraz po mszy wyruszyliśmy w kierunku Terki, gdzie służba kwatermistrzowska przygotowywała nam obiad. Po konsumpcji należało odpocząć, więc tak też uczyniliśmy :) Odpoczynek był aktywny - poszliśmy się popluskać w rzece.

Następnym etapem zaplanowanej na ów dzień trasy było dojście na nocleg do Kalenicy. Dla osoby, która nie przeszła tego odcinka to nic jak tylko słowa. Ale błoto było po kostki. Na dodatek w pewnym momencie zaczęło padać. Po drodze spotkaliśmy parę sympatycznych turystów (...), z którymi wędrowaliśmy wspólnie praktycznie do końca. Warty wspomnienia jest też mało przyjemny epizod naszego Jana Tomasza, który pechowo rozciął kolano ;)

Ulga po wyjściu z lasu była wręcz namacalna. Teraz wystarczyło skierować się na polanie smolarzy, gdzie w piecach wypala się drewno, w celu uzyskania węgla drzewnego.
Na polanę przyjechał po nas Samochód klanu W. i przetransportował nas do Kalenicy.
Jak się okazało, nie znalazł się nikt chętny, żeby nas przenocować, więc spaliśmy za sklepem w naszej dyszce. Wszystkim przypadła do gustu toaleta. Mycie w zimnym górskim potoku to fajne przeżycie, o ile nie wpadnie się do niego z butami w ręce(to z autopsji?).
Kolacja obfitowała w niespodzianki. Były przysmaki w postaci chleba, pasztetu i dżemu, a także coś niebywałego! Prawdziwy pokaz strażacki w wykonaniu samego komendanta :>

O świcie skierowaliśmy się do miejscowości Przysłup, gdzie znajdował się przystanek kolei wąskotorowej. Podróż była przyjemnie leniwa i senna, aczkolwiek zbyt krótka. Kolejka szczęśliwie dowiozła nas do Cisnej gdzie Kadra zafundowała nam konkretny obiad. Rzecz bez precedensu – zjedliśmy w knajpie :) Wbrew woli najedzonych i szczęśliwych(czysta choć płatna ubikacja była głównym powodem radości)obozowiczów ruszyliśmy dalej, do przełęczy żebrak. Na nocleg zatrzymaliśmy się w bazie studenckiej „Rabe” gdzie podczas kolacji nastąpiła kolejna poprawa i znowu w wyżywieniu. Pierwszy raz dostaliśmy mięso o konsystencji plasterków.
Przyjemnie było położyć się spać z pełnym brzuszkiem i szczęśliwą mordką i słuchać nocnego wycia wilków… Jak się rano okazało w odległości nie większej niż 1 km grasowała też niedźwiedzica z młodymi. Informacje dostaliśmy od dwóch leśników, którzy odwiedzili „Rabe” rankiem.

Z bardzo przytulnego schroniska skierowaliśmy się do klasztoru Sióstr Nazaretanek w Komańczy. Droga nie była zbyt trudna, ale bardzo malownicza. Napotkaliśmy też Bieszczadzkie Anioły opiewane w piosenkach SMD’u. Jednak Nasze anioły nie miały skrzydeł, siedziały pod sklepem, nie były zielone a czerwone oraz były przeciwieństwem ciszy. Wręcz przeciwnie, wśród potoku słów, co drugie to wulgaryzm. Dziw nad dziwy, że się tacy uchowali :)
Do klasztoru dotarliśmy w godzinach wieczornych, koło 17-18. Pierwszym powodem do radości był obiad – pyszny bigos. Drugim natomiast możliwość wzięcia prysznicu i skorzystania z cywilizowanej łazienki(lepienie Grzesia w krzakach ma swój urok, ale po pewnym czasie człowiek ma dość)
W związku z potrzebą odwdzięczenia się za gościnę, zostaliśmy dzień dłużej, aby pomóc siostrom w pracach gospodarskich. Podlewaliśmy kwiaty, pomagaliśmy w kuchni, rąbaliśmy drewno itp.
Sukcesem drugiego dnia stało się też pranie brudnych ubrań. Bardzo dobrze wpłynęło na nastroje wśród pospólstwa.
Popołudniu rozpadał się mocny deszcz i wywołał mnóstwo zamieszania. W naszej dziesiątce wszystkie rzeczy zostały popakowane byle jak, do byle plecaków i położone na środku, żeby nie odpłynęły. Poszukiwania swoich gratów okazały się zajęciem frustrującym…

Następny dzień miał być przełomowy. Dotarliśmy do Dołżycy, na Camping, gdzie zaczęła się pierwsza cześć stała. Rozstawiliśmy nasze dwójeczki, przygotowaliśmy palenisko razem ze stosem, podwiesiliśmy siatkę maskującą, wykonano maszt i postawiono bramę.
Zajęcia tego dnia ograniczone zostały do zajęć sportowych. Następnego dnia od samego rana przygotowywaliśmy się do INO. Przygotowania miały formę zajęc z terenoznawstwa prowadzonych przez naszego drużynowego dh. Kubę Wysmolińskiego. Na ino wyszliśmy zaraz po obiedzie. Punkty były rozstawione w sposób ciekawy :) Punkt w wyschniętym korycie rzeki okazał się najtrudniejszy i odnalazły go tylko dwie osoby. W trakcie trwania ino, rozpadał się silny deszcz, więc brnęliśmy w błocie. Ze względu na ów deszcz kolacja została podana do łóżek. Śniadanie dnia następnego również, ponieważ przejaśniło się dopiero wieczorem.
Ze względu na deszcz poprzedniego dnia, zostaliśmy zmuszeni pozostać w Dołzycy kolejny dzień. Upłynął nam na zajęciach z ABC harcerstwa, łączności i zdawaniu sprawności.

18 lipca ruszyliśmy w stronę Zyndranowej. Nocleg okazał się nieszczególny, bo na terenie PGR-u karnego w Woli Wyżnej. Nastroje nie były zbyt radosne na widok tego, co zastaliśmy.

I wreszcie ostatni etap naszego obozowania. 19 lipca dochodzimy do Zyndranowej. Już za dwa dni miał odbyć się bieg na stopień, wiec wszyscy zakuwali i powtarzali. Wyjątkiem byłem Ja i Marek. Niefortunnie się złożyło, że dzień przed biegiem spędziliśmy na drzewach przygotowując legowiska, w których musieliśmy przenocować w ramach zdawania „Leśnego Człowieka”.
Bieg nie był łatwy i nie był krótki, ale jakoś udało się go przetrwać. W perspektywie na ostatni dzień obozowania było jeszcze ognisko kapitańskie.

22 lipca od samego rana trwało pakowanie, aby o godzinie dwunastej wyruszyć w drogę powrotną.

Obóz dostarczył nam wielu wrażeń, wróciliśmy bogatsi o wiele nowych doświadczeń. Niektórzy z poparzeniami słonecznymi :> Ale tak to jest kiedy się chodzi cały dzień bez koszulki… Nie można zapomnieć o naszych dzielnych cichociemnych, którzy w pięknym stylu uszczuplili obronność obozu chłopaków ze świętokrzyskiego środowiska i nie dali się złapać. Łupem padła tym razem piła spalinowa, dwie wiatrówki, straszak z amunicją i bardzo charakterystyczny transparent ZHR STARACHOWICE :> Idąc w kierunku busa znaleźliśmy latarkę. Chodzą słuch, że należała do chłopaków którzy próbowali nas podejść ;)

Pozdrawiam

   dopisał: Siara